Nie mogłam nic poradzić na to, że czułam
się jak popychadło. Nasza wycieczka zapowiadała się w miarę sympatycznie, lecz
Sasuke wpadł nagle w tak okropnie parszywy nastrój, że byłam gotowa zebrać w
sobie tyle poczucia godności, co Temari i podziękować mu za takie denne
towarzystwo. Wypchnęłam jednak tę myśl z głowy, ponieważ była niezgodna z moją
naturą. Poza tym miałam niewielką nadzieję, że dowiem się, czemu Uchiha nagle
stał się takim burakiem. Nie żeby wcześniej nim nie był, ale teraz zburaczył
się do potęgi.
- Wysiadaj – rozkazał podle. Czułam się jak
prowadzona na stryczek. Sasuke spojrzał na mnie przelotnie i to wystarczyło,
abym zaczęła przypuszczać, że to siebie powinnam obwiniać za jego chamstwo.
Tylko dlaczego?
Pierwsze podejrzenie
padło na pocky. Sasuke wyrażał się o słodyczach dość wulgarnie, tymczasem ja
ciągle je podjadałam. Ale… poważnie? Wydziwiać przez pudełko słodkich
biszkoptów?
- No już! – Grzebałam się, więc upomniał mnie
krzykiem. Rzuciłam mu krzywe spojrzenie i przyjrzałam się pagórkowi, przy
którym zaparkowaliśmy. Sanada i Temari zdążyli zrobić użytek z pierwszego tee boxu, co oznaczało, że najwyższa
pora gdzieś się zaszyć.
Zbierałam się do
wspinaczki na wzgórze, gdy nagle drogę zagrodziła mi ręka Sasuke. Tkwił w niej
czarny, nieokreślony przedmiot wielkości piąstki. Przez wzgląd na humorki
Uchihy wolałam sama odkryć co takiego dostałam w prezencie. Minęłam go
nieskromnie i już w połowie drogi na szczyt, połapałam się, że to piracka
lornetka. Niezłe cudeńko.
- Pilnujesz pracowników tej dziury. Jeśli jest
tu jakiś dozorca, może mu się nie spodobać nasze zachowanie – wytłumaczył
warkliwie.
Na ten raz nie
uraził mnie już aż tak bardzo. Po pierwsze interesowałam się nową zabawką, a po
drugie: do buraków dało się przyzwyczaić. Przyśpieszyłam i od razu runęłam na
brzuch, żeby nie zdradzić lokalizacji. W czapce od Sasuke było mi
niemiłosiernie ciepło, a złośliwość losu spowodowała, że chmury gdzieś się
rozproszyły, więc słońce bez przeszkód mogło zająć się przegrzewaniem mózgów. Pozbycie
się nakrycia nie wchodziło jednak w rachubę. Koniuszek czapki i tak wystawał
znad szczytu pagórka, lecz ponad wszelką wątpliwość, nie rzucało się to w oczy
tak bardzo jak pąsowy róż czyiś włosów.
- Gotowa – oznajmiłam bojowo.