16.8.14

1

Nie mogłam nic poradzić na to, że czułam się jak popychadło. Nasza wycieczka zapowiadała się w miarę sympatycznie, lecz Sasuke wpadł nagle w tak okropnie parszywy nastrój, że byłam gotowa zebrać w sobie tyle poczucia godności, co Temari i podziękować mu za takie denne towarzystwo. Wypchnęłam jednak tę myśl z głowy, ponieważ była niezgodna z moją naturą. Poza tym miałam niewielką nadzieję, że dowiem się, czemu Uchiha nagle stał się takim burakiem. Nie żeby wcześniej nim nie był, ale teraz zburaczył się do potęgi.  
 - Wysiadaj – rozkazał podle. Czułam się jak prowadzona na stryczek. Sasuke spojrzał na mnie przelotnie i to wystarczyło, abym zaczęła przypuszczać, że to siebie powinnam obwiniać za jego chamstwo.
Tylko dlaczego?
Pierwsze podejrzenie padło na pocky. Sasuke wyrażał się o słodyczach dość wulgarnie, tymczasem ja ciągle je podjadałam. Ale… poważnie? Wydziwiać przez pudełko słodkich biszkoptów?
 - No już! – Grzebałam się, więc upomniał mnie krzykiem. Rzuciłam mu krzywe spojrzenie i przyjrzałam się pagórkowi, przy którym zaparkowaliśmy. Sanada i Temari zdążyli zrobić użytek z pierwszego tee boxu, co oznaczało, że najwyższa pora gdzieś się zaszyć.
Zbierałam się do wspinaczki na wzgórze, gdy nagle drogę zagrodziła mi ręka Sasuke. Tkwił w niej czarny, nieokreślony przedmiot wielkości piąstki. Przez wzgląd na humorki Uchihy wolałam sama odkryć co takiego dostałam w prezencie. Minęłam go nieskromnie i już w połowie drogi na szczyt, połapałam się, że to piracka lornetka. Niezłe cudeńko.
 - Pilnujesz pracowników tej dziury. Jeśli jest tu jakiś dozorca, może mu się nie spodobać nasze zachowanie – wytłumaczył warkliwie.
Na ten raz nie uraził mnie już aż tak bardzo. Po pierwsze interesowałam się nową zabawką, a po drugie: do buraków dało się przyzwyczaić. Przyśpieszyłam i od razu runęłam na brzuch, żeby nie zdradzić lokalizacji. W czapce od Sasuke było mi niemiłosiernie ciepło, a złośliwość losu spowodowała, że chmury gdzieś się rozproszyły, więc słońce bez przeszkód mogło zająć się przegrzewaniem mózgów. Pozbycie się nakrycia nie wchodziło jednak w rachubę. Koniuszek czapki i tak wystawał znad szczytu pagórka, lecz ponad wszelką wątpliwość, nie rzucało się to w oczy tak bardzo jak pąsowy róż czyiś włosów.

 - Gotowa – oznajmiłam bojowo.